(definicja szczęścia)

M: czymze jest wiec dla ciebie szczescie? w tej chwili, w ktorej to piszesz?

(..) a powazniej to nie ma definicji. to znaczy ona sobie jest, ale sie zmienia. ciagle. zalezy od otoczenia, nastroju, mnostwo czynnikow wplywa na aktualna definicje szczescia. jesli mialbym pokusic sie o wybranie najwazniejszego to ZYC PELNA PIERSIA. tak, zeby nie miec potem wrazenia, ze sie przespalo mase czasu.

M: ZYC PELNA PIERSIA jest, tak mi sie wydaje, wyrazem temperamentu i osobowosci.

trudno sie o tym rozmawia, bo bardzo trudno jest ustalic wspolna plaszczyzne znaczeniowa.

wszystko jest refleksem rzeczywistosci w Tobie. wiec rowniez i definicja szczescia o ktorej mowimy jest moja. jesli komus pasuje - dobrze, ale dla mnie wazne jest tylko to, ze pasuje mi wlasnie.

ow relatywizm, mysle, jest bardzo dobrze widoczny na kazdym kroku. widzimy ludzi ktorzy sa szczesliwi mimo tego ze znajduja sie w tragicznej (wedlug nas) sytuacji, oczywiscie widzimy tez zupelnie odwrotne sytuacje: ludzie ktorzy doskonale sie ustawili (i nie chodzi tylko o pieniadze) sa nieszczesliwi. ehh... nawet tak prosta rzecz: jest zapewne wielka roznica miedzy otoczeniem widzianym przez kobiete i tym samym postrzeganym przez mezczyzne...

bede trwal przy tym, ze okreslenie 'zycie pelna piersia' uzupelnione o wytlumaczenie 'nie zalowac zbyt duzo' jest bardzo bliskie uniwersalnej definicji szczescia.

-- rm

Załączam podziękowania serdeczne dla Margherity za intelektualny ferment; cenne dla mnie przemyślenia powstały dzięki niemu [rm]


(prawda oczywista)

Myślalem dzisiaj chwilę. I myśl przyszła nagła i radosna:
Że wolne ptaki swawolą gdziekolwiek.
Toż to truizm - powiesz - nie prawda objawiona!
Bo każdy, kto choć trochę madrości ma w sobie - wie to!
TAK - odpowiem - ale nie każdy tego świadom.

-- rm

Osąd mocno osobisty, doświadczeniami poparty [rm]


(trafnosc decyzji)

rozmawialem o tym, czy i kiedy czlowiek moze oceniac swoje decyzje. czy i kiedy jest w stanie powiedziec, czy dobrze zrobil.

wydawalo mi sie, ze dopoki zyje nie moge tego zrobic. bo skad moge wiedziec dokad doprowadzi mnie wlasnie podjeta decyzja? czy aby nie w ciekawsze miejsce niz to w ktorym teraz przebywam? myslalem tez, ze bede mogl cos takiego zrobic w momencie tuz przed smiercia - bo po tej chwili nie ma juz nic (w naszym, zachodnim, sposobie rozumienia smierci). innymi slowy dopoki mamy jeszcze droge przed soba nie mozemy mowic o tym, czy dana decyzja byla zla, czy dobra, bo nie wiemy gdzie wyladujemy; dopiero stajac przed ostatnimi drzwiami mozemy stwierdzic: 'trzeba bylo skrecic w przeciwna strone' - bo widzimy, ze droga byla nienajlepszej jakosci i ze jestesmy u kresu labiryntu zwanego zyciem.

doszedlem do wniosku jednak, ze to nieprawda. ze nawet w ostatecznej chwili nie mozemy powiedziec, ze obrana droga byla zla.

dlaczego ostateczne podsumowanie nie bedzie poprawne? bo NIE wiemy dokad doszlibysmy gdybysmy dokonywali innych wyborow! mozemy tylko sie domyslac i snuc przypuszczenia 'co by bylo gdyby'! jasne, moglo by byc lepiej, ale przeciez moglo by byc gorzej.

pozwole sobie podac przyklad: wyobrazmy sobie, ze dobiega konca czlowieka przygoda ze swiatem i ze oplakuje on straszliwie rozstanie z kobieta o ktorej myslal, ze jest Ta Jedyna. mowi wiec sobie, ze to byl najwiekszy blad, najgorsza decyzja w jego zyciu. i - oczywiscie - snuje wizje fantastycznego zycia razem. co byloby, gdyby jednak znalezli sile i zalozyli rodzine?.. mogloby sie cos ulozyc, dotrzec, byloby wspaniale. albo zyliby w nieszczesciu udajac, ze jakos tam jest. albo skonczyloby sie to kataklizmem, ktory zaangazowalby juz nie dwie, ale wiecej osob (dzieci, rodziny, etc.). i to jest wlasnie ten gorszy scenariusz. ale przeciez skoro decyzja zostala podjeta to cos bardzo mocno nie gralo, byly przeciez bardzo powazne watpliwosci. ktory wariant rozwoju wypadkow jest bardziej prawdopodobny?..

powyzsze potwierdza - tak sadze - ze bez wzgledu na obrany kierunek nie jestesmy w stanie powiedziec, czy to byl dobry, czy zly wybor.

to smutne, prawda? bo to znaczy, ze zyjemy jakos na wariackich papierach, ze nasze decyzje sa bez znaczenia, co z kolei implikuje (w moim przekonaniu) ze nasze zycie jest malo wazne...

ale tak nie jest! na szczescie nie! dlaczego?

bo jakosc naszych decyzji oceniamy w momencie ich podejmowania. i - moim zdaniem - przemyslenie spraw i podjecie decyzji jest automatycznie potwierdzeniem jej poprawnosci. bo podejmujemy decyzje majac wiedze, emocje, przemyslenia na dana chwile. nie pozniej, nie wczesniej, dokladnie z danej chwili.

no wiem, tutaj nie widac juz takiego latwego wynikania.

wrocmy do przykladu: podejmujac decyzje o rozstaniu ow czlowiek byl absolutnie przekonany o jej poprawnosci. nie mial zadnych watpliwosci. i dlatego - bo przeanalizow sprawe najlepiej jak potrafil w chwili - ta decyzja byla jedyna dobra decyzja.

ale gdzie tu wynikanie? oto ono: podejmujac decyzje godzimy sie na ryzyko, przy czym z reguly (patrz wyjatki, o tym za chwile) skrecamy w strone, ktora wydaje nam sie w danej chwili najlepsza. czyli: podjeta decyzja jest decyzja najlepsza z mozliwych, poprawna.

warto by pomyslec o wyjatkach: np. o poswieceniu siebie dla drugiej osoby. ale i tutaj widzimy rzecz prosta: ktos poswieca czesc siebie, czyni to swiadomie, i taka wiec decyzja wydaje sie byc dobra.

podsumowujac: warunkiem koniecznym oceny decyzji uczynilem wiec swiadomosc chwili. madre to, czy nie - niech oceni kto czyta. ja powiem tylko tyle, ze warto obserwowac otoczenie, cwiczyc myslenie, analizowac sytuacje, bo dzieki takiemu dzialaniu nie podejmujemy decyzji pod wplywem chwili i sa one lepszej jakosci.

-- rm

Dzieki, Adamie, za inspirujacą rozmowę! [rm]

Banalnie nachalny ten ostatni akapit. Moze go kiedys poprawie [rm]


więcej...